Chorzy wiedzą, że czas ma znaczenie
“Bardzo często, kiedy słyszymy, że jakiś lek przedłuża życie o 3 lata albo o 5 lat, to myślimy: „Ojej, ale to jest krótko”. A przecież nikt z nas nie wie, jak długo będzie trwało nasze życie. Te 3 czy też 5 lat to dla osoby, u której zatrzymano proces nowotworowy, to bardzo dużo czasu. Może się w tym okresie wydarzyć mnóstwo różnych rzeczy. I to jest czas nie tylko osoby chorej. To jest też czas, który dostają jej bliscy”. – mówi psycholożka Katarzyna Korpolewska.
Czas. Jakie on ma znaczenie dla człowieka, który usłyszał, że jest chory na nowotwór?
W chorobie czas płynie albo za szybko, albo zbyt wolno. Chorzy bardzo by chcieli, i bardzo na to czekają, aby otrzymać najlepszą metodę, która ich wyleczy z choroby. Chcą przede wszystkim wiedzieć, co im jest, a potem – jak będą leczeni. I tu choremu się spieszy, a wydaje mu się, że czas leci zbyt wolno. I z drugiej strony – jeśli chory cierpi na przykre dolegliwości, pogarsza się jego sprawność, to wówczas czas bardzo mu się dłuży. Widzi jak jest niesprawny, że coś, co kiedyś zajmowało mu mniej czasu, teraz zajmuje mu go dużo więcej. A na tę sytuację w chorobie nakłada się jeszcze ów filozoficzny aspekt czasu, kiedy chory zastanawia się: „Ile mi jeszcze zostało?”. To bardzo ważny moment. Ponieważ on z jednej strony wywołuje lęk, z drugiej jednak zmusza do refleksji: „Co ważnego zostało mi jeszcze w życiu do zrobienia?”.
A kiedy chory jest już zaopiekowany, kiedy wie, jak będzie wyglądało jego leczenie, jak patrzy na rzeczywistość w kontekście czasu?
Kiedy otrzymuje plan leczenia, kiedy wie, że dostanie najlepsze możliwe leki, które pozwolą zatrzymać proces chorobowy, bądź go cofną, że jest kilka linii leczenia, to jest moment, kiedy chory może zacząć planować. I nawet ludzie, którzy nigdy wcześniej nie planowali, zaczynają układać swoje plany, bo mają poczucie, że czas, który został im dany, to nie jest wartość nieskończona, że jest gdzieś jego kres. Stąd też rodzi się refleksja, że różne sprawy ważne życiowo należy w tym okresie załatwić. Plany, jakie wtedy chory układa, dotyczą spraw formalnych. To na przykład kwestie dokumentów, które trzeba załatwić, ustalić, kto jest właścicielem działki, mieszkania czy tym podobne. Ale z drugiej strony te plany dotyczą także tego, czego nie udało mu się wcześniej zrealizować w życiu, a co związane jest z marzeniami, pragnieniami. Na przykład wymarzona podróż. Znam osobę, która, kiedy okazało się, że choruje na nowotwór, przeszła chemioterapię i wiedziała, że potem będzie poddana leczeniu farmakologicznemu, zaplanowała podróż do Paryża. To było coś, o czym marzyła całe życie – chciała pojechać tam ze swoją rodziną. Postanowiła więc, że to jest czas, by to marzenie spełnić. Myślę, że efekty leczenia związane są też z tym, że chorzy czerpią radość z realizacji planów, na które nigdy wcześniej nie było czasu, szkoda było pieniędzy. W takim momencie okazuje się, że to właśnie jest coś, co daje im poczucie szczęścia.
Rozmawiając z ludźmi chorymi na raka, zawsze mnie mocno dotykało, kiedy mówili, że teraz naprawdę zaczynają żyć. Że to choroba niejako przebudziła ich do życia.
Wtedy właśnie zaczyna się doceniać każdy moment. Oni już wiedzą, że nie mają czasu, który mogą marnować. Nadal żyją z dnia na dzień, ale choroba daje im poczucie, że ten czas, jaki jest im dany, trzeba wykorzystać jak najlepiej, bo nikt go nie zwróci. Pieniądze możemy stracić i znów możemy je zarobić, odbudować kapitał. Czas natomiast jest ograniczonym zasobem. On mija i to mija bezpowrotnie. To jest świadomość, jaka rodzi się u osób, które są chore, albo które przeszły bardzo ciężką chorobę.
Lekarze często zwracają uwagę na to, że czas – od postawienia diagnozy do rozpoczęcia terapii – jest bardzo dynamiczny i ma ogromne znaczenie dla chorego. Kiedy następuje moment, że ta dynamika i ten lęk, że czas ucieka, przestaje już odgrywać taką wielką rolę, kiedy chory nabiera tej pewności, że dobrze wykorzystuje każdą minutę, każdy dzień swojego życia?
Ważne jest, żeby sobie uświadomić, że my, ludzie, którzy jesteśmy przecież śmiertelni, po usłyszeniu diagnozy, że oto mamy raka, przeżywamy cały cykl żałoby. Coś straciliśmy. Czym jest to coś? To przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa i spokój. Do tej pory każdy z chorych wiedział, że jest pełnosprawny, może liczyć na siebie, a życie toczy się rutynowo. Diagnoza powoduje, że zostaje się z tej rutyny wybitym, to wszystko, co myślał i wiedział, teraz się zmienia. W tym cyklu żałoby najpierw doświadczamy tego etapu, że nie chcemy wierzyć w diagnozę. Bardzo często chorzy zgłaszają się do kilku specjalistów, proszą o dodatkowe konsultacje, robią kolejne badania, po to, żeby sprawdzić tę diagnozę, potwierdzić ją, bo nie chcą wierzyć, szukają nadziei, bo może ktoś z lekarzy powie: „Nie, to mylna diagnoza”. Kolejny etap to bunt. Chorzy buntują się przeciwko diagnozie, pojawia się w nich złość, pytanie: „Dlaczego mnie to spotkało?”. Następnie pojawia się faza załamania. Te etapy mogą występować w różnej kolejności, mogą też różnie trwać. Ale w pewnym momencie następuje akceptacja, czyli pogodzenie się z tym, że jestem osobą chorą: „OK, mam nowotwór, zaakceptowałem to i teraz to, co mi pozostaje do zrobienia, to po prostu się leczyć”. Myślę, że to jest ten moment, kiedy następuje u chorych redefinicja czasu. Wtedy ten czas zaczyna być inaczej postrzegany, inaczej liczony. Nie można już cofnąć się do tego, co było, trzeba stawić czoła temu, co jest. Nie można marnować czasu, trzeba iść do przodu.
I już nie myśli się o tym, że trzeba żegnać się z życiem.
Nie. Po to się leczę, żeby jeszcze żyć. Bardzo często, kiedy słyszymy, że jakiś lek przedłuża życie o 3 lata albo o 5 lat, to myślimy: „Ojej, ale to jest krótko”. A przecież nikt z nas nie wie, jak długo będzie trwało nasze życie. Te 3 czy też 5 lat to dla osoby, u której zatrzymano proces nowotworowy, to bardzo dużo czasu. Może się w tym okresie wydarzyć mnóstwo różnych rzeczy. I to jest czas nie tylko osoby chorej. To jest też czas, który dostają jej bliscy.
Jest to też czas, w którym następuje postęp nauki i medycyny, pojawiają się coraz lepsze leki, coraz skuteczniejsze terapie. To też daje nadzieję, prawda?
Właśnie. Za 5 lat może się okazać, że jest kolejny lek, który wydłuża życie chorego. A przecież każdy z nas, bez tej wywołującej okropny lęk diagnozy, stara się przedłużać swoje życie. Po to staramy się zdrowo odżywiać, po to staramy się kłaść nacisk na fizyczną aktywność, po to jeździmy na wakacje, żeby przedłużyć nasze życie. Może nie myślimy o tym w ten sposób, ale mówimy: „Chcemy być jak najdłużej zdrowi”. A sens tego jest właśnie taki – żeby żyć jak najdłużej.
O czym w kontekście choroby powinien pamiętać pacjent?
Powinniśmy pamiętać, że każda chwila, którą spędzamy razem, jest ważna. Że każdą chwilę można wykorzystać w taki sposób, żeby życie dawało radość. To jest ten moment, kiedy warto się zastanowić, co dla mnie jest naprawdę ważne w życiu. Człowiek na łożu śmierci nie żałuje tego, że nie zarobił pieniędzy, ale na ogół żałuje tego, że nie poszedł z córką, z wnuczką na spacer, że za mało z nimi rozmawiał, za rzadko spędzał z nimi czas wspólnie przy stole, ciesząc się sobą, rozmawiając. Będąc w chorobie warto więc zapytać samego siebie: „Co jest dla mnie ważne i co teraz powinienem zrobić, żeby potem nie żałować?”.
A bliscy, rodzina? Co powinni wiedzieć?
Zwykle rodzinom osób chorych mówię: „Cieszcie się z każdej wspólnej chwili”. Tymczasem bywa, że oni, zamiast się cieszyć – martwią się, denerwują. A ich nastrój przenosi się na osobę chorą. Martwienie się jest tu trochę pozbawione sensu, bo nie daje im możliwości zacieśniania więzi, korzystania z tego, że są razem. Ich lęk paraliżuje normalne relacje. A chodzi o to, by odwiedzając kogoś w szpitalu, rozmawiając z kimś, kto przeszedł chemioterapię i źle się czuje, znajdować w tych wspólnych chwilach coś pozytywnego.
Jak w chorobie myśleć o przyszłości?
Powiedziałabym: bardziej świetliście, niż robimy to na co dzień. Cieszyć się z tego, że jest nam dane jutro. Planować. Oczywiście, nasze plany mogą nie zostać zrealizowane. Ale przecież każdy człowiek, który nie choruje, ma dokładnie ten sam problem – nie wie czy uda mu się zrealizować swoje plany. Człowiek chory powinien planować dlatego, żeby nie zmarnować żadnego dnia. Myśleć o tym, co miłego może się zdarzyć. Niemiłe już się zdarzyło – jestem chory. Teraz więc mam czas na to, żeby czerpać szczęście nawet z drobnych chwil.
Pacjenci słyszą o coraz to nowszych, lepszych terapiach, jakie pojawiają się na świecie. Dobrze jest rozbudzać w sobie nadzieję, że możemy zostać wyleczeni?
Oczywiście. Usiąść i myśleć, że nic się już nie da w moim przypadku zrobić, jest równoznaczne z tym, że teraz oczekuję już tylko śmierci. Zaufanie do lekarzy, wiara, że są wspaniałymi specjalistami oznacza lepszą możliwość współpracy z nimi w procesie leczenia. Zaufanie do tego, że istnieją już najlepsze środki, które mnie wyleczą, psychologicznie stanowi podbudowę pod to, żeby te środki lepiej działały. Bardzo często pacjenci, zażywając leki, mają objawy uboczne. Ale nie chodzi o to, aby się skupiać na tym, że z powodu danego leku gorzej się czuję, odczuwam mdłości, tylko żeby myśleć o tym, że ten lek ratuje moje życie, bo jest skuteczny w walce z chorobą, która w danym momencie jest dla mnie najgroźniejsza. Pal licho objawy uboczne! Nie każdy z nas codziennie czuje się fantastycznie. Ale liczy się to, że mimo dolegliwości, ten lek przedłuża mi życie. Daje mi więcej czasu. Beznadzieja, bezradność to uczucia, które każdego mogą zniszczyć. To nadzieja dodaje skrzydeł.